IDM, wieści z Kenii i nieunikniony koniec wakacji

DSC_0035Poprzedni tydzień spędziłam na prawdziwym święcie młodych – Ignacjańskich Dniach Młodzieży. W Starej Wsi (zwanej też Świętą Wsią ze względu na ilość klasztorów na m2) zgromadzili się członkowie wspólnot Magisowych, czyli jezuickich duszpasterstw młodzieżowych z całej Polski. Byłam pod wrażeniem kilku rzeczy, których się nie spodziewałam po dzieciakach z gimnazjum i liceum. Pierwsza to zaangażowanie – nie myślałam, że przy prawie 40st upale młodzi ludzie potrafią z taką energią pracować i dawać coś z siebie. Drugie co mnie zachwyciło, to ich rozmodlenie – panowała niesamowita atmosfera życzliwości, braterstwa i widać było, że skaczą, działają i pracują dla Jezusa. Trzecie to ilość panów na tej imprezie – nareszcie chyba coś się zmienia i nasz kościół przestaje być Żeńsko-Katolicki 😉

DSC_0500Nocowałam po sąsiedzku u Sióstr Służebniczek, gdzie wraz z s. Weroniką przyjęte zostałyśmy z ogromną życzliwością. Poza tym u Sióstr trwała wieczysta adoracja, więc mogłyśmy odwiedzać Pana Jezusa o każdej porze dnia i nocy! 🙂 W ciągu dnia prowadziłam warsztat z pracy zespołowej, czyli odgrzebywałam moje talenty z czasów STERowych, które zdążyły się już trochę przykurzyć, ale młodzież chyba zadowolona 🙂 Wieczorami bawiłam się na balu i koncercie oraz miałam okazję zasiadać w bardzo szacownym jury ds. konkursu filmowego, dzięki czemu udało mi się załapać na jedno jedyne zdjęcie jakie znalazłam w galerii 🙂 Spotkałam też kilku znajomych jezuitów ze starych DĘBowych czasów, więc było ogólnie bardzo miło 😉

Wracam podbudowana, odmłodzona i podśpiewuję sobie w myślach: „ja, my, TEN, dziesiąty idm”. Wakacje się skończyły i czas zabierać się do pakowania manatków w Pobiedziskach. Już za niecałe dwa tygodnie kierunek rekolekcje, a potem Marki!

PulpitTymczasem z Kenii napłynęły dobre wieści. Adija, której niektórzy z Was zechcieli pomóc, wraca do zdrowia. Nadal jest w Nairobi i niebawem będzie udawać się do Marsabit, gdzie spędzi jakiś czas na dalszej rekonwalescencji. Wyraża ona głęboką wdzięczność wszystkim, którzy okazali jej serce i obiecuje modlitwę. Kanini przesyła też wieści o kursie dla wojowników, jaki od kilku miesięcy odbywa się w Meru. Zdobyła ona środki, by wysłać wojowników (kluczowych rozgrywających w konflikcie między plemionami Rendille i Borana, którzy są często pomijani przez organizacje zajmujące się budowaniem pokoju) na kurs prowadzenia pojazdów. Ma to podwójne dobre skutki – oba plemiona mieszkają razem i wspólnie uczestniczą w kursie, co sprawia, że przestają traktować się jak wrogów, a sami wojownicy zdobywają nowe umiejętności, które pozwolą im szukać pracy, mimo że nigdy nie mieli okazji chodzić do szkoły. Mimo braku jakiegokolwiek wykształcenia, okazują się oni bardzo pojętni i pracowici. Wszyscy ukończyli kurs z dobrymi wynikami! Możecie wspomóc ich swoją modlitwą, by dalej szerzyli ducha pokoju w swoich społeczeństwach.

Reklamy

Pusty grób, deszcz i inne rozważania o szczęściu

27list.2010 246Maria Magdalena jest tak bliska mojemu sercu, że po raz kolejny nie mogę jej pominąć. To właśnie scena z dzisiejszej Ewangelii została na moją prośbę przeniesiona na duże płótno, bo mogła zawisnąć w kapliczce nad stawem. Ten moment, gdy ona nie widzi Jezusa i gdy On mówi „nie zatrzymuj mnie”. Tak wymowny moment… Dziś znowu zainspirował mnie o. Grzegorz – „Chcemy zatrzymać koniecznie Jezusa, wrażenie o Nim przy sobie, bo się nam wydaje, że w tym będzie nasze szczęście. Tymczasem ono jest w wyjściu do innych.” Kiedy myślę o Marii Magdalenie przy grobie, to doskonale potrafię sobie wyobrazić wszystkie jej uczucia. Kiedy płacze po stracie kogoś kogo kochała. Kiedy przez łzy nie widzi tego, że jej Pan jest zaraz obok niej. Kiedy On do niej mówi, nagle otwierają się jej oczy i wszystko zaczyna rozumieć. I wreszcie kiedy jej się wydaje, że teraz jest najwspanialszy moment jej życia i może mieć Jezusa tylko dla siebie, a On mówi „nie zatrzymuj Mnie”. To jest właśnie ten czas, kiedy trzeba sobie uświadomić, całkowicie wbrew naszej ludzkiej naturze, że szczęście nie jest w „mieć dla siebie”, ale w „dawać innym”.

IMAG0722Kiedy tydzień temu wędrowałyśmy po Tatrach, wiele razy pojawiał się temat wychodzenia poza strefę swojego komfortu. Tak niby przypadkiem, bo to takie nośne hasło 😉 Tymczasem bardzo się to mocno wpasowało w dzisiejsze rozważania. W momencie kiedy zaczynam się czuć „komfortowo”, to zapadam się w myśleniu tego świata i próbuję się zadowolić namiastką szczęścia, jaką jest kręcenie się nieustannie wokół siebie. A głos w środku ciągle szepcze: „przekrocz siebie, przekrocz siebie…”. Wyjdź na deszcz, zobacz w nim dobro, znajdź kogoś, komu pożyczysz parasol. Proste – a jak trudno tym żyć…

o. Romuś z Siostrami :)

o. Romuś z Siostrami 🙂

Dwa tygodnie temu był Pruszcz. Niesamowity czas łaski, wzruszająca uroczystość, Bóg w rękach człowieka, niczym nie skrępowana radość. Ludzie, którym nie trzeba tłumaczyć – oni wiedzą, czują, nadają na tych samych falach. Świat, w którym nikogo nie zdziwi tańcząca zakonnica i modlitwa przed wypiciem szampana. Świat, w którym jest bezpiecznie. Tylko to szczęście może pozostać zamknięte w tym światku i wtedy pozostanie bezowocne, bezpłodne… będzie karykaturą szczęścia. A więc znowu: wyjdź, przekrocz siebie, nie zatrzymuj…

To były piękne dni urlopu. Dziękuję Wam, kochani!! 🙂

A poza tym dziś szczególny dzień. Dokładnie rok temu pisałam ostatni afrykański wpis, siedząc na niewygodnym plastikowym krzesełku na lotnisku w Nairobi. Nie miałam wtedy pojęcia co mnie czeka, ale wiedziałam, że jestem w rękach Boga. Dziś to jedno się zupełnie nie zmieniło. Umieram z ciekawości co będzie dalej 😉

Belgijski na cztery Polki i inne zakonnice

bruksela-88Bruksela była od początku do końca fantastyczna. No może oprócz podróży… choć i ta nie była bez znaczenia. Wyruszyłyśmy bowiem, jak nasza święta Matka, dyliżansem na drugi koniec Europy, by spotkać się z naszymi Siostrami z Anglii, Francji, Hiszpanii i Węgier. Ja, jak się spodziewałam, w międzynarodowym towarzystwie poczułam się jak ryba w wodzie. Z radością słuchałam o tym jak zgromadzenie miewa się na zachodzie i opowiadałam o tym co dzieje się w Polsce. Głównym punktem naszego wyjazdu było jednak trzydniowe spotkanie z Helen McLaughlin, która w latach 80 była naszą Przełożoną Generalną. Za jej kadencji uchwalone były najnowsze konstytucje, więc i one były motywem przewodnim. Miałyśmy okazję do wielu spotkań z Jezusem przy tekstach konstytucji, Ewangelii, czy podczas kontemplacji ikony, a dzięki głębokiemu dzieleniu, wszystkie ubogacałyśmy się z każdą chwilą.

bruksela-52Nie zabrakło też atrakcji turystycznych. Pierwszego dnia udałyśmy się do muzeum. Do wyboru były dwa – muzeum komiksu i instrumentów muzycznych. Ja zdecydowałam się na wrażenia słuchowe, choć później żałowałam nieco swojego wyboru. Muzeum było naprawdę dobrze przygotowane – aż nieco zbyt dobrze, bo do zwiedzenia były 4 pokaźne piętra, a na każdym setki instrumentów. Każdy zwiedzający zaopatrzony był w słuchawki, które pozwalały usłyszeć brzmienie eksponatu przy którym się stanęło. Moim ulubionym piętrem było oczywiście piętro muzyki tradycyjnej, gdzie zamiast fortepianów, skrzypiec i harf z dworów wyższych sfer, można było podziwiać instrumenty prostego ludu. Wśród najróżniejszych dzieł z całego świata mogliśmy podziwiać polskie dudy, etiopskie bębny i chińskie instrumenty strunowe. Niektóre były tak ciekawe, że brakowało mi obrazka, który pokazywałby jak się na tym gra 🙂 Oprócz muzeum odwiedziłyśmy też słynny Grand Place, gdzie prócz multum stoisk z pamiątkami niczym pod Katedrą Mariacką, można było podziwiać dziwne tańce niemłodej baletnicy (niektórzy nawet twierdzili, że to był baletnic, a nie baletnica ;)) Zjedliśmy też obowiązkowe belgijskie gofry, a ja wypiłam wyczekiwane piwo wiśniowe.

bruksela-106Kolejną ważną częścią naszych spotkań był wyjazd do wspólnot brukselskich. Znowu podzieliłyśmy się na dwie grupy i ja udałam się do najmłodszej wspólnoty, która dopiero co wprowadziła się do nowego mieszkania. Siostry przyjęły nas z niezwykłą gościnnością, pokazując wszystkie kąty i nakarmiły doskonałym jedzonkiem wraz z lokalnym piwem, które jest obowiązkowym elementem posiłku, jak się okazuje. Tymczasem mi udało się poznać kolejną misjonarkę z Czadu, która wcześniej przez prawie rok mieszkała w Kenii, więc miałam dużo radości z tego spotkania. Pozostałe wieczory spędziłyśmy na grach, zabawach i tańcach góralskich. Furorę zrobił Dixit, który przez Mary został przechrzczony na Fixit i odkrywał zagrzebane gdzieś w nas pokłady kreatywności.

Niesamowicie ciekawy okazał się niedzielny poranek, kiedy Helen miała czas na opowieści o czasie swojego generalatu. Oprócz mrożących krew w żyłach historii na temat zatwierdzana konstytucji w Rzymie, pojawiły się również humorystyczne akcenty z wizyty w Polsce 🙂 Dla nas było to niesamowite spotkanie z żywą legendą Zgromadzenia, którego najnowszą historię i my za chwilę będziemy tworzyć!

Zdjęć od innych póki co nie udało mi się wydobyć (jakoś zawsze tak to wychodzi…), więc na razie tylko galeria by efca. Zapraszam!

Wszystkie szczęśliwe ruszyłyśmy do kraju, czekając na kolejną okazję do ciekawego spotkania. Już za rok Hiszpania 🙂 🙂

Goście, śluby i pierwsze pożegnania

wspolnotowo-8Wygląda na to, że opuszczam się w regularnym pisaniu, a zapowiada się, że będzie jeszcze gorzej. Najbliższe tygodnie pod znakiem rozjazdów i zamykania różnych rozdziałów. Ostatnie spotkania z moimi dziećmi, ostatnie wyjazdy do Poznania… Po raz kolejny dopada mnie myśl, że właśnie wtedy kiedy już sobie człowiek jakoś wszystko poukładał, kiedy wszystko jest znajome i bliskie, kiedy ma się znajomości w sklepie na rogu i kojarzy się każdą uliczkę w mieście… to wtedy nagle przychodzi czas, by się zwijać i jechać dalej, budować od początku. I tak jest dobrze – to jest właśnie życie w drodze. Nic nie jest „nasze”, wszystko jest środkiem, a cel nie jest z tego świata.

Miniony tydzień to istne szaleństwo gości. Odwiedziła mnie Jola i Piotr, do Sióstr przyjechały koleżanki z Kalisza, gościł u nas proboszcz i nasza s. Agnieszka. Ciągle jakieś miłe wizyty 🙂 W poprzedni weekend po raz pierwszy przeżyłam sesję u nas w domu jako pełnoprawny uczestnik, a w środę, ku mojej ogromnej radości, rozpoczęłam sezon pływania w jeziorku 🙂

wspolnotowo-12Na przyjmowaniu gości w tym tygodniu nie poprzestałyśmy. Też wybrałyśmy się w odwiedziny – tym razem do Gniezna. Okazja była niebanalna, bo swoje pierwsze śluby składała jedna z karmelitanek. Uroczystość była kameralna, ale bardzo piękna. S. Maria Lucyna od Chrystusa Zmartwychwstałego wyglądała jak prawdziwa Oblubienica z wiankiem czerwonych róż na głowie.

Po tym tygodniu pełnym wrażeń, czeka mnie pierwsza zakonna wyprawa zagraniczna. Ruszam jutro do Brukseli na spotkanie nowicjuszek i kandydatek przyjętych do nowicjatu z całej Europy. Będzie nas tylko 12, więc koniecznie módlcie się o powołania, żeby za rok było nas więcej 😉

Polecam też obiecane zdjęcia z naszej wspólnotowej wycieczki szlakiem kościołów drewnianych. Miłego oglądania! 🙂

Życie zakonne to nieustanne świętowanie

maki-4Dla równowagi pracowitych dni, w ostatnim czasie same powody do świętowania 🙂 W piątek obchodziłyśmy największe święto naszego Zgromadzenia – uroczystość Najświętszego Serca Jezusa. Uczciłyśmy ten dzień w naszej wspólnocie wraz z s. Agnieszką, która od 10 lat pracuje w Czadzie i przyjechała na swój wypoczynek do rodziny w Pobiedziskach. Bardzo cieszyłam się na opowieści o kraju, który choć odległy od Kenii o tysiące kilometrów, to jednak jakoś zadziwiająco bliski w obyczajach 😉 Podczas uroczystej Mszy w naszej kaplicy, moje Siostry odnowiły swoje śluby, a ja póki co grzecznie przyglądałam się z boku 🙂

Kolejna świąteczna okazja nadeszła już w niedzielę – i to wcale nie byle jaka! Proboszcz naszej parafii obchodził 50 lat swojego kapłańska. Oprócz bardzo uroczystej Eucharystii z mnóstwem życzeń, podziękowań i wzruszających wspomnień, zaproszone byłyśmy na obiad do restauracji „siedem drzew” w Biskupicach, która mieści się pośród pięknego parku botanicznego z mnóstwem ciekawych okazów kwiatków i drzew (ja to się nie znam, ale podobno niektóre naprawdę wyszukane ;))

W środę natomiast wybrałyśmy się na długo oczekiwaną wycieczkę wspólnotową. Z wielu propozycji zdecydowałyśmy się na podążenie szlakiem kościołów drewnianych. Samych kościółków nie zobaczyłyśmy zbyt wiele, ale za to spotkałyśmy blaszanego rycerza na koniu, życzliwego proboszcza, który otworzył nam kościół i poopowiadał o historii parafii oraz ścielące się kilometrami łąki pełne maków, chabrów i stokrotek. Było wybornie 🙂 Na koniec trafiłyśmy z powrotem do restauracji w Biskupicach. Oprócz fantastycznych roślinek w ogrodzie, okazało się, że nazwy potraw też mają wyszukane – ja, mimo pewnych oporów zamówiłam sałatkę lekkich obyczajów 😉 – natomiast ceny bardzo przystępne, a jedzenie smaczne. Choć żadna z nas nie planuje, uznałyśmy że to doskonałe miejsce na wesele! Hitem jednak były rozłożone na talerzach kwiatki, a w zasadzie ogromne piwonie 🙂 Awangarda pełną gębą!

Zanim rozprawię się ze zdjęciami, to chwila minie, więc póki co możecie podziwiać tylko czerwone maki. W przyszłym tygodniu nadrobię 😉

Na koniec wieści z Kenii. Pieniążki poleciały już na czarny ląd, a Adija jest już po operacji i dochodzi do siebie w Nairobi! Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła powiedzieć Wam więcej o jej stanie zdrowia. Bardzo serdecznie dziękuję Wam za hojność, która jak zwykle przekroczyła moje oczekiwania! Niech Wam Bóg w łaskach wynagrodzi 🙂

 

Adija, Boże Ciało i spotkanie na poziomach

kenia1-221aNa samym wstępie chcę Was prosić o wsparcie. Dostałam prośbę z jednej z wiosek w okolicach Marsabit, by pomóc Adiji, której od lat potrzebna jest operacja. Oto jej historia:

Adija z wioski Leyai jest jedną z tysięcy osób przesiedlonych w północnej Kenii w wyniku walk plemiennych. Ma 22 lata. Bardzo młodo została wydana za mąż. Potem w wyniku poważnych komplikacji okołoporodowych straciła dziecko i pozostała z infekcją, która powoduje brak kontroli oddawania moczu. W tej chwili jest wykluczona społecznie nie tylko ze względu na swoją dolegliwość, ale też dlatego, że nie ma potomstwa, bez którego kobieta w tej kulturze jest nikim. Jedyną szansą dla Adiji jest operacja w Nairobi. Jej koszt to ok 8 000 PLN.

Jeśli możesz wspomóc akcję jednorazową wpłatą w dowolnej wysokości (oczywiście każda złotówka się liczy), to proszę o przelew na moje konto (to co zawsze) lub o kontakt ze mną. Sprawa jest dosyć pilna, bo już za tydzień wyruszą do Kenii łączniczki, które przekażą pieniądze.

Moje ostatnie tygodnie jak zwykle szalone. W środę do naszego domu przybyła setka ewangelizatorów, którzy zatrzymali się na rekolekcje przed Lednicą. Miło było modlić się z nimi i znowu usłyszeć „Ty światłość dnia”… W tym całym szaleństwie błogosławieństwem była s. Teresa, która zarażała nas swoim zupełnie niepoprawnym optymizmem. Kiedy w zabieganiu zapomniałyśmy pojechać po nią na dworzec i pół drogi do domu pokonała w strugach deszczu, powiedziała ze szczerym uśmiechem, że przynajmniej nie musi się już myć 🙂 Chciałabym w jej wieku mieć takie podejście do życia!

W czwartek wspólnotowo wyruszyłyśmy na procesję w nowej roli – odpowiedzialnych za dziewczynki sypiące kwiatki. Rozstawiłyśmy się po dwie z przodu i dwie z tyłu i dzięki tej sprawnej organizacji nawet ładnie to wszystko wyglądało. Ja co prawda nie pokochałam procesji, ale odkryłam, że są one dużo przyjemniejsze w atmosferze rodzinnej w małym miasteczku.

warszawa-32W piątek natomiast, kiedy do naszego domu przybywała 30stka jezuitów – którzy w tym roku przywieźli na Lednicę Andrzeja Bobolę – ja ruszałam już w kierunku Warszawy na spotkanie formacji początkowej. Piękny to było czas i bardzo owocny. Już po południu w gronie przedstawicielek każdego poziomu formacji (kandydatek, nowicjuszek, młodych profesek i ekipy formacyjnej), udałyśmy się na pląsający spacer do najstarszych Sióstr w okolicy. Potem było już tylko lepiej 🙂

A dziś pozdrawiam ze stolicy Podlasia, która tonie w strugach deszczu co chwila. Oby tylko w sercu świeciło słońce!

  • Galeria zdjęć

  • Znajdź coś dla siebie

  • archiwum

  • Statystyki

    • 138,328 odwiedzin od 16.01.2010
  • Kalendarz

    Wrzesień 2017
    Pon W Śr C Pt S N
    « Sier    
     123
    45678910
    11121314151617
    18192021222324
    252627282930