IDM, wieści z Kenii i nieunikniony koniec wakacji

DSC_0035Poprzedni tydzień spędziłam na prawdziwym święcie młodych – Ignacjańskich Dniach Młodzieży. W Starej Wsi (zwanej też Świętą Wsią ze względu na ilość klasztorów na m2) zgromadzili się członkowie wspólnot Magisowych, czyli jezuickich duszpasterstw młodzieżowych z całej Polski. Byłam pod wrażeniem kilku rzeczy, których się nie spodziewałam po dzieciakach z gimnazjum i liceum. Pierwsza to zaangażowanie – nie myślałam, że przy prawie 40st upale młodzi ludzie potrafią z taką energią pracować i dawać coś z siebie. Drugie co mnie zachwyciło, to ich rozmodlenie – panowała niesamowita atmosfera życzliwości, braterstwa i widać było, że skaczą, działają i pracują dla Jezusa. Trzecie to ilość panów na tej imprezie – nareszcie chyba coś się zmienia i nasz kościół przestaje być Żeńsko-Katolicki 😉

DSC_0500Nocowałam po sąsiedzku u Sióstr Służebniczek, gdzie wraz z s. Weroniką przyjęte zostałyśmy z ogromną życzliwością. Poza tym u Sióstr trwała wieczysta adoracja, więc mogłyśmy odwiedzać Pana Jezusa o każdej porze dnia i nocy! 🙂 W ciągu dnia prowadziłam warsztat z pracy zespołowej, czyli odgrzebywałam moje talenty z czasów STERowych, które zdążyły się już trochę przykurzyć, ale młodzież chyba zadowolona 🙂 Wieczorami bawiłam się na balu i koncercie oraz miałam okazję zasiadać w bardzo szacownym jury ds. konkursu filmowego, dzięki czemu udało mi się załapać na jedno jedyne zdjęcie jakie znalazłam w galerii 🙂 Spotkałam też kilku znajomych jezuitów ze starych DĘBowych czasów, więc było ogólnie bardzo miło 😉

Wracam podbudowana, odmłodzona i podśpiewuję sobie w myślach: „ja, my, TEN, dziesiąty idm”. Wakacje się skończyły i czas zabierać się do pakowania manatków w Pobiedziskach. Już za niecałe dwa tygodnie kierunek rekolekcje, a potem Marki!

PulpitTymczasem z Kenii napłynęły dobre wieści. Adija, której niektórzy z Was zechcieli pomóc, wraca do zdrowia. Nadal jest w Nairobi i niebawem będzie udawać się do Marsabit, gdzie spędzi jakiś czas na dalszej rekonwalescencji. Wyraża ona głęboką wdzięczność wszystkim, którzy okazali jej serce i obiecuje modlitwę. Kanini przesyła też wieści o kursie dla wojowników, jaki od kilku miesięcy odbywa się w Meru. Zdobyła ona środki, by wysłać wojowników (kluczowych rozgrywających w konflikcie między plemionami Rendille i Borana, którzy są często pomijani przez organizacje zajmujące się budowaniem pokoju) na kurs prowadzenia pojazdów. Ma to podwójne dobre skutki – oba plemiona mieszkają razem i wspólnie uczestniczą w kursie, co sprawia, że przestają traktować się jak wrogów, a sami wojownicy zdobywają nowe umiejętności, które pozwolą im szukać pracy, mimo że nigdy nie mieli okazji chodzić do szkoły. Mimo braku jakiegokolwiek wykształcenia, okazują się oni bardzo pojętni i pracowici. Wszyscy ukończyli kurs z dobrymi wynikami! Możecie wspomóc ich swoją modlitwą, by dalej szerzyli ducha pokoju w swoich społeczeństwach.

Adija, Boże Ciało i spotkanie na poziomach

kenia1-221aNa samym wstępie chcę Was prosić o wsparcie. Dostałam prośbę z jednej z wiosek w okolicach Marsabit, by pomóc Adiji, której od lat potrzebna jest operacja. Oto jej historia:

Adija z wioski Leyai jest jedną z tysięcy osób przesiedlonych w północnej Kenii w wyniku walk plemiennych. Ma 22 lata. Bardzo młodo została wydana za mąż. Potem w wyniku poważnych komplikacji okołoporodowych straciła dziecko i pozostała z infekcją, która powoduje brak kontroli oddawania moczu. W tej chwili jest wykluczona społecznie nie tylko ze względu na swoją dolegliwość, ale też dlatego, że nie ma potomstwa, bez którego kobieta w tej kulturze jest nikim. Jedyną szansą dla Adiji jest operacja w Nairobi. Jej koszt to ok 8 000 PLN.

Jeśli możesz wspomóc akcję jednorazową wpłatą w dowolnej wysokości (oczywiście każda złotówka się liczy), to proszę o przelew na moje konto (to co zawsze) lub o kontakt ze mną. Sprawa jest dosyć pilna, bo już za tydzień wyruszą do Kenii łączniczki, które przekażą pieniądze.

Moje ostatnie tygodnie jak zwykle szalone. W środę do naszego domu przybyła setka ewangelizatorów, którzy zatrzymali się na rekolekcje przed Lednicą. Miło było modlić się z nimi i znowu usłyszeć „Ty światłość dnia”… W tym całym szaleństwie błogosławieństwem była s. Teresa, która zarażała nas swoim zupełnie niepoprawnym optymizmem. Kiedy w zabieganiu zapomniałyśmy pojechać po nią na dworzec i pół drogi do domu pokonała w strugach deszczu, powiedziała ze szczerym uśmiechem, że przynajmniej nie musi się już myć 🙂 Chciałabym w jej wieku mieć takie podejście do życia!

W czwartek wspólnotowo wyruszyłyśmy na procesję w nowej roli – odpowiedzialnych za dziewczynki sypiące kwiatki. Rozstawiłyśmy się po dwie z przodu i dwie z tyłu i dzięki tej sprawnej organizacji nawet ładnie to wszystko wyglądało. Ja co prawda nie pokochałam procesji, ale odkryłam, że są one dużo przyjemniejsze w atmosferze rodzinnej w małym miasteczku.

warszawa-32W piątek natomiast, kiedy do naszego domu przybywała 30stka jezuitów – którzy w tym roku przywieźli na Lednicę Andrzeja Bobolę – ja ruszałam już w kierunku Warszawy na spotkanie formacji początkowej. Piękny to było czas i bardzo owocny. Już po południu w gronie przedstawicielek każdego poziomu formacji (kandydatek, nowicjuszek, młodych profesek i ekipy formacyjnej), udałyśmy się na pląsający spacer do najstarszych Sióstr w okolicy. Potem było już tylko lepiej 🙂

A dziś pozdrawiam ze stolicy Podlasia, która tonie w strugach deszczu co chwila. Oby tylko w sercu świeciło słońce!

Między wspomnieniem a prześladowaniem

Matka-Boża-Częstochowska-Królowa-PolskiPierwsze majowe dni minęły mi na rozmyślaniu. Czytałam wpisy moich znajomych na temat patriotyzmu – jedni narzekali,  że świętowanie zaczynamy Mszą, a miało nie być państwa kościelnego; inni narzekali, że nie ma flagi, że orzeł z czekolady; no może nie jest różowo (albo jest za różowo), ale… ja się w tym roku ucieszyłam, że znowu słyszę „Boże coś Polskę”, że jestem na swojej Ziemi. Choć ciągnie mnie daleko w świat, to tu jest mój dom. Tu chcę wracać. Mimo wiecznego narzekania, mimo naszych polskich wad przeróżnych… kocham Cię Polsko! I spojrzałam jakoś inaczej na Matkę z Częstochowy. Czy zwróciliście kiedyś uwagę na to, że Ona jest czarna?? Zaskoczyło mnie to jak śnieg w maju… ale to chyba takie znaki czasów, że już nic nas nie powinno zaskakiwać…

kenia1-244A daleki świat zawitał do mnie za sprawą Moniki, która wybiera się do północnej Kenii. Ożyły wspomnienia, poczułam zapach czerwonej ziemi i pył we włosach, usłyszałam śmiech znajomych twarzy, dzwonki przechodzących krów… Tym mocniej, że to właśnie dokładnie rok temu wysiadałam z zatłoczonego autobusu Moyale Raha i postawiłam stopy na ziemiach Marsabit. Początki były wyjątkowo trudne, przez kilka dni zastanawiałam się czy ja się tam odnajdę w tym zupełnie obcym świecie. Ale Pan Bóg miał jak zawsze najlepszy plan i północna Kenia stała się kawałkiem mojego świata.

Wracając jednak do „tu i teraz”, potknęłam się o dzisiejszą Ewangelię. Jest dla mnie bardzo trudna.  Jezus mówi do swoich uczniów: „Jeżeli was świat nienawidzi, wiedzcie, że Mnie pierwej znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem sobie ze świata, dlatego was świat nienawidzi.” Nie jest trudna, bo się boję cierpienia czy prześladowań. Boję się najbardziej tego, że ich nie doświadczam. Boję się, że skoro tak się dzieje, to brak mi gorliwości, to idę na kompromis, to znaczy, to gdzieś zbaczam ze szlaku. Patrzę dziś na papieża Franciszka i na tych, którzy go krytykują za ubogie życie. Patrzę dziś na Maryję, o której ks. Łukasz napisał, że ma twarz „przeoraną Miłością”. To jest pójście za Chrystusem – do końca, bez względu na wszystko.

Biały dym na Czarnym Lądzie

uhuru Donoszę Wam o ogłoszonych przed chwilą wynikach wyborów kenijskich. Liczby oddanych głosów spływały sukcesywnie od wtorku i dziś zostały nareszcie oficjalnie ogłoszone. Wygranym został Uhuru Kenyatta – syn pierwszego prezydenta Kenii po odzyskaniu niepodległości. Jeśli śledziliście uważnie moje wpisy sprzed ok. roku, to przypomnicie sobie tego pana jako jednego z czwórki oskarżonych przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze za zbrodnie przeciwko ludzkości, a konkretnie za zbrodnie dokonane przy poprzednich wyborach…

To nie jest ciekawa sytuacja polityczna, bo może się okazać, że Kenia będzie miała prezydenta za kratkami. Tak naprawdę nikt nie wie czego się spodziewać, bo jednocześnie prezydentowi przysługuje pewien immunitet.

Raila-Amolo-Odinga-KenyaWielkim przegranym okazał się (znowu! bo 5 lat temu to też on nie został wybrany) Raila Odinga. Poprzednio po wielu tygodniach horroru została zawiązana koalicja, gdzie Odinga został premierem. Tym razem takiej opcji już nie ma, bo nie przewiduje jej nowa konstytucja. Nie wiemy więc jak zareagują zwolennicy byłego premiera, których jest dokładnie połowa kraju – zwycięzca ledwo przekroczył wymagane 50% Odinga już zapowiedział wystąpienie do sądu przeciwko ogłoszonemu zwycięstwu przeciwnika.

Tak więc dalej proszę Was o modlitwę, by pokój pozostał na kenijskiej ziemi po dzisiejszym ogłoszeniu. Wiele się o nim mówi i każdy z kandydatów podkreślał na każdym kroku, że najważniejsze jest pokojowe przeprowadzenie zmiany władzy. Oby wszyscy okazali się honorowi i słowni!

A żeby jeszcze było śmieszniej, imię nowe prezydenta – uhuru – oznacza w języku swahili „wolność” i tego życzę Kenijczykom na najbliższe 5 lat!

p.s. czekających na najnowsze wieści klasztorne, zapewniam, że niedługo się pojawią 😉

Polska dla Kenii 2013

kenya-flagPoniedziałek będzie dniem niesamowicie ważnym. I wcale nie mówię tu o moim 30tych urodzinach. 4 marca w Kenii odbędą się wybory. Będą to wybory jednocześnie do wszystkich wyższych urzędów państwowych. Wybierany będzie prezydent, parlamentarzyści i przedstawiciele władz samorządowych. Data tego wydarzenia była przedmiotem niesamowitych debat kiedy jeszcze byłam w Kenii – na początku 2012 roku. Pierwotnie miały się one bowiem odbyć już w sierpniu zeszłego roku, jak nakazuje świeżo uchwalona w 2010 konstytucja. Data została jednak przeniesiona na grudzień, a potem na marzec. Trudno się jednak dziwić, że obecni rządzący chcieli sobie jeszcze trochę porządzić, wykorzystując okres przejściowy wejścia w życie konstytucji…

Stan polityki kenijskiej nie jest najlepszy. Kandydaci obiecują cuda na kiju i rozdają na wiecach pieniądze. Nie wiem czy jest ktokolwiek komu naprawdę zależy na dobru państwa… nie to jednak jest najważniejsze w poniedziałkowym dniu. Chodzi tu bowiem o coś znacznie ważniejszego niż to kto zostanie prezydentem. Chodzi o to kto nim nie zostanie i co ze swoją porażką zrobi. W 2007 po ówczesnych wyborach doszło do starć na tle polityczno-plemiennym, doprowadzając do śmierci ponad 1000 osób, a na zawsze przesiedlając ponad 200 000. Mam ogromną nadzieję, że Kenijczycy odrobili pracę domową i zorientowali się, że zabijanie się nie jest lekarstwem na nic. Zainteresowanych obecną sytuacją polityczną zapraszam do artykułu ze stycznie w The Guardian

Potrzebna jest więc modlitwa i to dużo modlitwy. Mam więc do Was ogromną prośbę – połączcie się przez ten weekend ze mną w westchnieniu do Pana Boga o pokój na ziemi, gdzie zostawiłam kawałek swojego serca. Będzie to dla mnie najwspanialszym prezentem urodzinowym! Proszę, podzielcie się tą wiadomością, by mogła dotrzeć jak najdalej.

Dla tych, którzy chcieliby podejść do mojej prośby ambitnie, proponuję, by w intencji Kenii zmówili modlitwę Ojcze Nasz… w swahili 🙂 Swahili to bardzo ważny język dla Kenijczyków. Jest tym, który łączy ze sobą rozrzucone po całym kraju 42 plemiona, a jednocześnie nie jest językiem narzuconym przez kolonializm. Poniżej tekst, który z łatwością przeczytacie, znając zasady czytania z j. angielskiego („w” czytamy jak „ł”, „j” jak „dż”, „y” jak „j”, a „sh” jak „sz”) . Powodzenia!

Baba Yetu uliye mbinguni,
Jina lako litukuzwe;Ufalme wako ufike,
Utakalo lifanyike
Duniani kama mbinguni.
Utupe leo mkate wetu wa kila siku,
Utusamehe makosa yetu,
Kama nasi tunavyowasamehe waliotukosea.
Usitutie katika kishawishi,
Lakini utuopoe maovuni.
Amina.

Chciałabym też podzielić się z Wami piękną pieśnią, która towarzyszyła Kenijczykom w próbie budowania pokoju po ostatnich wyborach. Niech zabrzmi dziś i w polskich domach! Słowa przetłumaczone znajdziecie poniżej.

[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=ALA0zmfNM18%5D

1. Jedność jest naszą chlubą, braterstwo naszą siłą,
Nienawiści i walk plemiennych nie chcemy zupełnie,
Musimy się zjednoczyć, by budować nasz kraj,
Niech nie będzie nikogo kto nas rozdzieli

Ref. Żyję, żywię nadzieję, ofiarowuję się na zawsze dla Kenii,
Z pewnością flaga jest moją twierdzą,
Czarny symbolizuje ludzi, czerwony krew,
Zielony ziemię, a biały pokój,
Na zawsze jestem Kenijczykiem, patriotycznym obywatelem

2. W bólu i cierpieniu, w płaczu i agonii,
Nasza wolność została nam wywalczona przez bohaterów przeszłości,
Nie odstraszyły ich pociski ani aresztowania,
Ich celem było odkupienie, rozerwanie kolonialnych kajdanów

3. Teraz naszą odpowiedzialnością
Jest życie w miłości
Od jeziora aż po wybrzeże,
Od północy po południe

Gościnnie w Gościu

We wczorajszym wydaniu Gościa Niedzielnego pojawił się artykuł na temat mojego wyjazdu. Niestety jest dużo słabszy niż pierwotny draft jaki został później zmieniony w wyniku nacisków redakcji. Argumentem było to, że trzeba pisać o owocach jakie konkretnie zaistniały w moim życiu po powrocie. Tylko że owoce są często niewidoczne i ukryte za zasłoną Bożego planu… Nie chciałabym rozstawać się z Gościem jak Hołownia z Newsweekiem, ale chcę podzielić się z Wami tym, co dużo bardziej oddaje ducha Bożego prowadzenia i wspólnego podróżowania po Czarnym Lądzie… miłej lektury 🙂

Afrykańska lekcja. – Europa potrzebuje ducha Afryki – uważa Ewa Bartosiewicz, która po blisko roku spędzonym w Kenii wróciła do Warszawy.

Po raz pierwszy na Czarnym Lądzie stanęła trzy lata temu. Podczas miesięcznego spotkania młodzieży jezuickiej (MAGIS), które w tamtym czasie odbywało się w Kenii.
– Liznęłam czegoś, co myśmy już dawno zatracili – radości z prostych rzeczy. I obiecałam sobie, że jeszcze tu wrócę – wspomina Ewa Bartosiewicz z Duszpasterstwa Akademickiego „Dąb”.

2 zł dziennie

Przygotowania do wyjazdu trwały dwa lata.
– Nie dostałam nagłego olśnienia Ducha Świętego, ale bardzo powoli wzrastało we mnie pragnienie powrotu do kraju, w którym zna się swoich sąsiadów, nadmiernie nie dba o przyszłość  i żyje dniem dzisiejszym. A im bardziej plany mojego wyjazdu konkretyzowały się, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że to Jego dzieło – wspomina.
O organizację całego przedsięwzięcia od „a do zet” zatroszczyła się sama.
– Nie chciałam wiązać się z żadną organizacją, która finansuje wyjazd. Oni mieliby gotowy plan na mój pobyt, a ja chciałam zostawić sobie przestrzeń do działania. Czułam, że na miejscu będę wiedziała, jak wykorzystać ręce gotowe do pacy – mówi.
Największym problemem były finanse. Bo skoro nie organizacja, to kto pokryje koszty? O materialne wsparcie poprosiła swoich znajomych. E-maila z nietypową prośbą rozesłała do ponad 120 osób. Wypaliło. Na apel o wpłacanie choćby 2 zł dziennie odpowiedziało 30 chętnych.
Została jeszcze kwestia pracy.
– Ubiegałam się o bezpłatny, roczny urlop, ale nie przyznano mi. Po czterech latach zrezygnowałam z pracy w banku – wspomina Ewa.
I miejsca, do którego skieruje pierwsze swoje kroki…

Bieda, która ubogaca  

Namiary na kenijski ośrodek St. Martin dostała od znajomych z duszpasterstwa. Placówkę zajmującą się pomocą osobom upośledzonym, sierotom, dzieciom ulicy, osobom uzależnionym czy nosicielom wirusa HIV założył w Nyahururu w 1997 roku włoski kapłan, po tym jak odkrył, że niepełnosprawni członkowie rodzin są wstydem dla domowników. Ukrywani przed swatem żyją w nieludzkich warunkach. Z czasem zaczął zajmować się także innymi wykluczonymi ze społeczeństwa. Według zasady „Tylko przez wspólnotę”.
Ośrodek współpracuje z ok 300 wolontariuszami – mieszkańcami wiosek. Ich zadaniem jest mobilizowanie do pomocy lokalnej społeczności np. organizując wśród najbliższych szkolną wyprawkę dla dziecka sąsiadów.
– Ku mojemu zaskoczeniu moim zadaniem nie była pomoc ubogim. W ośrodku wyjaśniono mi, że jestem tu po to, by ubodzy mogli mi pomóc. Bo często nasza pomoc wynika z tego, że czujemy się od kogoś lepsi – wspomina Ewa Bartosiewicz.
Przez cztery miesiące od września do grudnia przyglądała się pracy wolontariuszy. Jeździła z nimi „w teren” – do biednych wiosek, spotykała się z ludźmi, pomagała w biurze. I chłonęła doświadczenia. Także te codzienne.
– Pierwszy raz byłam na pogrzebie, na którym rodzina i przyjaciele tańczyli wokół trumny zmarłego… Były przemówienia i podziękowania. Nie sposób było nie  odnieść wrażenia, że tego dnia prawdziwie świętowaliśmy życie zmarłego, a nie  jego śmierć – wspomina Ewa.

Korki jak w Warszawie

Będąc jeszcze w Nyahururu przez znajomą Kenijkę nawiązała kontakt z jezuicką szkołą w Nairobi. Nowoczesna, na dobrym poziomie placówka przeznaczona była dla dzieci z ubogich slumsów.
– To był typowy wolontariat. Ze względu na moje informatyczne wykształcenie, w języku angielskim prowadziłam lekcje obsługi komputera. Ale bez wynagrodzenia – tłumaczy Ewa Bartosiewicz.
Utrzymanie w stolicy było najdroższe. Średnio miesięcznie wydawała ok. 600 zł. W stolicy nawet i dwa razy tyle.
– Na szczęście odszedł koszt dojazdów – do pracy chodziłam piechotą, i częściowo koszty utrzymania – zatrzymałam się w gościnie u cioci poznanej Kenijki – wyjaśnia Ewa.
Znajomi z Polski co miesiąc przesyłali pieniądze. O bardzo różnej wysokości – od 10 zł do ponad 100. Z tego wszystkiego niekiedy wychodziła pokaźna suma – 1700 zł.
– Przyjęłam taką zasadę, że to co mi zostanie, przeznaczę na lokalny cel. Praktycznie co miesiąc mogłam wspomóc organizację, której aktualnie pomagałam – wspomina.
Stolica Kenii – Nairobi jest prawie europejskim miastem. Ludzie nie noszą tradycyjnych strojów, żyje się dostatnio. Jest to też miejsce niesamowitych kontratów – obok każdego osiedla willowego znajdziemy ciągnące się kilometrami smlumsy. Korki są  większe niż w Warszawie, ale woda w kranie pojawia się dwa razy w tygodniu.
– Nie był to barwny i ciekawy czas do opowiadania. Za to miałam go dużo, by poukładać osobiste sprawy . Codziennie mogłam przeznaczać godzinę na modlitwę w szkolnej kaplicy. W Nairobi przeżyłam  Wielki Post. To też dla mnie szczególny czas kiedy miałam okazję bywać w slumsach. To jedno z miejsc gdzie najbardziej widać radość dnia codziennego, która promienieje z twarzy ludzi nie mających naprawdę nic prócz kartonowego dachu nad głową – wyjaśnia Ewa.

Europejska lekcja pokoju

Najbarwniejszy etap afrykańskiego życia rozpoczął się w Masrabit. To dość egzotyczna część Keni. Ludzie żyją tu w tradycyjny sposób bez wody i prądu w lepiankach, które można zbudować w jedną noc. Ich jedynym źródłem utrzymania są zwierzęta. Turyści przyjeżdżają do takich miejsc robić zdjęcia. Problem w tym, że okoliczne plemiona są ze sobą w konflikcie. Czasami dochodzi do rękoczynów i zabójstw.
Dlatego kilka lat temu wraz z grupą studentów przyjechała tu Elizabeth Kanini. 40-letnia Kenijka studiowała kierunek nauk społecznych ze specjalnością zajmującą się budowaniem pokoju. Teraz poprzez edukację chciała wprowadzić go w Masrabit.
W pobliskich wioskach zaczęły pojawiać się „szkoły”. Na początku na spotkanie z najbardziej wykształconym mieszkańcem wioski zaczęły przychodzić dzieci. Z czasem, wieczorami także i wojownicy – najbardziej barwnie ubrani mężczyźni odpowiedzialni za zwierzęta i bezpieczeństwo w wiosce. Po dwóch latach funkcjonowanie edukacyjnego programu w okolicy Masrabit powstało 10 takich „szkół”, do których uczęszcza ok. 20 osób z wioski.
Położoną na końcu kenijskiego świata krainę wskazała Ewie znajoma pewnego Polaka, poznanego przypadkowo jeszcze w Nairobi. Na miejscu okazało się, że razem z Kanini może nadzorować pracę nauczycieli. I u niej mieszkać. Sama także miała pewien wkład w tamtejszą edukację.
– Na przykładzie historii Europy chciałam pokazać, że pokój jest możliwy. Dało im to do myślenia. Bo w końcu ktoś musiał komuś przebaczyć, żeby konflikt ustał – wspomina.

Podróż przez sieć

Razem z Ewą po Kenii podróżowali także jej znajomi. Tyle że wirtualnie. Na newsletter „Wieści z Kenii”, który co miesiąc rozsyłała  zapisało się ponad 60 osób. Niektórzy śledzili także jej bloga. Kilkunastu czytelników poprzez e-maile regularnie dzieliło się swoimi przeżyciami z wirtualnej podróży.
– Zaczęli doceniać to, czego do tej pory żyjąc w biegu nie zauważali – wodę w kranie, pracę, darmową edukację. Dotykało ich również to, że w Afryce ludzie żyją w dużo większym ubóstwie, a mimo to są szczęśliwi – mówi. I dodaje: – Kenijczycy nie martwią się o niepotrzebne rzeczy i za wszystko dziękują Bogu. Oni naprawdę wierzą, że Bóg może zmienić ich życie.
Kontakt z Polską dodawał jej także sił podczas trudnych chwil.
– Miałam podejrzenie malarii i poważną infekcję bakteryjną w pewnym momencie. Wiele osób modliło się wówczas za mnie. A ja z dnia na dzień zdrowiałam. Wsparcie z Polski nie pozwoliło mi także pogrążyć się w smutku, choć byłam tu sama bez bliskich mi osób w pobliżu –  wspomina.

Duch Afryki

Po blisko rocznym pobycie w Kenii, 22 lipca Ewa wylądowała na stołecznym lotnisku. Było spotkanie w kameralnym gronie ze znajomymi z jezuickiego duszpasterstwa oraz Msza św. w intencji wszystkich, którzy w tym czasie wspierali duchowo i materialnie podróżniczkę.
– Moje doświadczenia nie są jeszcze do końca zebrane. Wiem na pewno, że z tego pobytu coś głęboko we mnie zostało. W Europie myślimy, że to Afryka potrzebuje naszej pomocy, tymczasem to my potrzebujemy ducha Afryki. Coraz bardziej dojrzewa we mnie chęć dzielenia się tym właśnie duchem – mówi.

  • Galeria zdjęć

  • Znajdź coś dla siebie

  • archiwum

  • Statystyki

    • 135,018 odwiedzin od 16.01.2010
  • Kalendarz

    Lipiec 2017
    Pon W Śr C Pt S N
    « Sier    
     12
    3456789
    10111213141516
    17181920212223
    24252627282930
    31