Gościnnie w Gościu

We wczorajszym wydaniu Gościa Niedzielnego pojawił się artykuł na temat mojego wyjazdu. Niestety jest dużo słabszy niż pierwotny draft jaki został później zmieniony w wyniku nacisków redakcji. Argumentem było to, że trzeba pisać o owocach jakie konkretnie zaistniały w moim życiu po powrocie. Tylko że owoce są często niewidoczne i ukryte za zasłoną Bożego planu… Nie chciałabym rozstawać się z Gościem jak Hołownia z Newsweekiem, ale chcę podzielić się z Wami tym, co dużo bardziej oddaje ducha Bożego prowadzenia i wspólnego podróżowania po Czarnym Lądzie… miłej lektury 🙂

Afrykańska lekcja. – Europa potrzebuje ducha Afryki – uważa Ewa Bartosiewicz, która po blisko roku spędzonym w Kenii wróciła do Warszawy.

Po raz pierwszy na Czarnym Lądzie stanęła trzy lata temu. Podczas miesięcznego spotkania młodzieży jezuickiej (MAGIS), które w tamtym czasie odbywało się w Kenii.
– Liznęłam czegoś, co myśmy już dawno zatracili – radości z prostych rzeczy. I obiecałam sobie, że jeszcze tu wrócę – wspomina Ewa Bartosiewicz z Duszpasterstwa Akademickiego „Dąb”.

2 zł dziennie

Przygotowania do wyjazdu trwały dwa lata.
– Nie dostałam nagłego olśnienia Ducha Świętego, ale bardzo powoli wzrastało we mnie pragnienie powrotu do kraju, w którym zna się swoich sąsiadów, nadmiernie nie dba o przyszłość  i żyje dniem dzisiejszym. A im bardziej plany mojego wyjazdu konkretyzowały się, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że to Jego dzieło – wspomina.
O organizację całego przedsięwzięcia od „a do zet” zatroszczyła się sama.
– Nie chciałam wiązać się z żadną organizacją, która finansuje wyjazd. Oni mieliby gotowy plan na mój pobyt, a ja chciałam zostawić sobie przestrzeń do działania. Czułam, że na miejscu będę wiedziała, jak wykorzystać ręce gotowe do pacy – mówi.
Największym problemem były finanse. Bo skoro nie organizacja, to kto pokryje koszty? O materialne wsparcie poprosiła swoich znajomych. E-maila z nietypową prośbą rozesłała do ponad 120 osób. Wypaliło. Na apel o wpłacanie choćby 2 zł dziennie odpowiedziało 30 chętnych.
Została jeszcze kwestia pracy.
– Ubiegałam się o bezpłatny, roczny urlop, ale nie przyznano mi. Po czterech latach zrezygnowałam z pracy w banku – wspomina Ewa.
I miejsca, do którego skieruje pierwsze swoje kroki…

Bieda, która ubogaca  

Namiary na kenijski ośrodek St. Martin dostała od znajomych z duszpasterstwa. Placówkę zajmującą się pomocą osobom upośledzonym, sierotom, dzieciom ulicy, osobom uzależnionym czy nosicielom wirusa HIV założył w Nyahururu w 1997 roku włoski kapłan, po tym jak odkrył, że niepełnosprawni członkowie rodzin są wstydem dla domowników. Ukrywani przed swatem żyją w nieludzkich warunkach. Z czasem zaczął zajmować się także innymi wykluczonymi ze społeczeństwa. Według zasady „Tylko przez wspólnotę”.
Ośrodek współpracuje z ok 300 wolontariuszami – mieszkańcami wiosek. Ich zadaniem jest mobilizowanie do pomocy lokalnej społeczności np. organizując wśród najbliższych szkolną wyprawkę dla dziecka sąsiadów.
– Ku mojemu zaskoczeniu moim zadaniem nie była pomoc ubogim. W ośrodku wyjaśniono mi, że jestem tu po to, by ubodzy mogli mi pomóc. Bo często nasza pomoc wynika z tego, że czujemy się od kogoś lepsi – wspomina Ewa Bartosiewicz.
Przez cztery miesiące od września do grudnia przyglądała się pracy wolontariuszy. Jeździła z nimi „w teren” – do biednych wiosek, spotykała się z ludźmi, pomagała w biurze. I chłonęła doświadczenia. Także te codzienne.
– Pierwszy raz byłam na pogrzebie, na którym rodzina i przyjaciele tańczyli wokół trumny zmarłego… Były przemówienia i podziękowania. Nie sposób było nie  odnieść wrażenia, że tego dnia prawdziwie świętowaliśmy życie zmarłego, a nie  jego śmierć – wspomina Ewa.

Korki jak w Warszawie

Będąc jeszcze w Nyahururu przez znajomą Kenijkę nawiązała kontakt z jezuicką szkołą w Nairobi. Nowoczesna, na dobrym poziomie placówka przeznaczona była dla dzieci z ubogich slumsów.
– To był typowy wolontariat. Ze względu na moje informatyczne wykształcenie, w języku angielskim prowadziłam lekcje obsługi komputera. Ale bez wynagrodzenia – tłumaczy Ewa Bartosiewicz.
Utrzymanie w stolicy było najdroższe. Średnio miesięcznie wydawała ok. 600 zł. W stolicy nawet i dwa razy tyle.
– Na szczęście odszedł koszt dojazdów – do pracy chodziłam piechotą, i częściowo koszty utrzymania – zatrzymałam się w gościnie u cioci poznanej Kenijki – wyjaśnia Ewa.
Znajomi z Polski co miesiąc przesyłali pieniądze. O bardzo różnej wysokości – od 10 zł do ponad 100. Z tego wszystkiego niekiedy wychodziła pokaźna suma – 1700 zł.
– Przyjęłam taką zasadę, że to co mi zostanie, przeznaczę na lokalny cel. Praktycznie co miesiąc mogłam wspomóc organizację, której aktualnie pomagałam – wspomina.
Stolica Kenii – Nairobi jest prawie europejskim miastem. Ludzie nie noszą tradycyjnych strojów, żyje się dostatnio. Jest to też miejsce niesamowitych kontratów – obok każdego osiedla willowego znajdziemy ciągnące się kilometrami smlumsy. Korki są  większe niż w Warszawie, ale woda w kranie pojawia się dwa razy w tygodniu.
– Nie był to barwny i ciekawy czas do opowiadania. Za to miałam go dużo, by poukładać osobiste sprawy . Codziennie mogłam przeznaczać godzinę na modlitwę w szkolnej kaplicy. W Nairobi przeżyłam  Wielki Post. To też dla mnie szczególny czas kiedy miałam okazję bywać w slumsach. To jedno z miejsc gdzie najbardziej widać radość dnia codziennego, która promienieje z twarzy ludzi nie mających naprawdę nic prócz kartonowego dachu nad głową – wyjaśnia Ewa.

Europejska lekcja pokoju

Najbarwniejszy etap afrykańskiego życia rozpoczął się w Masrabit. To dość egzotyczna część Keni. Ludzie żyją tu w tradycyjny sposób bez wody i prądu w lepiankach, które można zbudować w jedną noc. Ich jedynym źródłem utrzymania są zwierzęta. Turyści przyjeżdżają do takich miejsc robić zdjęcia. Problem w tym, że okoliczne plemiona są ze sobą w konflikcie. Czasami dochodzi do rękoczynów i zabójstw.
Dlatego kilka lat temu wraz z grupą studentów przyjechała tu Elizabeth Kanini. 40-letnia Kenijka studiowała kierunek nauk społecznych ze specjalnością zajmującą się budowaniem pokoju. Teraz poprzez edukację chciała wprowadzić go w Masrabit.
W pobliskich wioskach zaczęły pojawiać się „szkoły”. Na początku na spotkanie z najbardziej wykształconym mieszkańcem wioski zaczęły przychodzić dzieci. Z czasem, wieczorami także i wojownicy – najbardziej barwnie ubrani mężczyźni odpowiedzialni za zwierzęta i bezpieczeństwo w wiosce. Po dwóch latach funkcjonowanie edukacyjnego programu w okolicy Masrabit powstało 10 takich „szkół”, do których uczęszcza ok. 20 osób z wioski.
Położoną na końcu kenijskiego świata krainę wskazała Ewie znajoma pewnego Polaka, poznanego przypadkowo jeszcze w Nairobi. Na miejscu okazało się, że razem z Kanini może nadzorować pracę nauczycieli. I u niej mieszkać. Sama także miała pewien wkład w tamtejszą edukację.
– Na przykładzie historii Europy chciałam pokazać, że pokój jest możliwy. Dało im to do myślenia. Bo w końcu ktoś musiał komuś przebaczyć, żeby konflikt ustał – wspomina.

Podróż przez sieć

Razem z Ewą po Kenii podróżowali także jej znajomi. Tyle że wirtualnie. Na newsletter „Wieści z Kenii”, który co miesiąc rozsyłała  zapisało się ponad 60 osób. Niektórzy śledzili także jej bloga. Kilkunastu czytelników poprzez e-maile regularnie dzieliło się swoimi przeżyciami z wirtualnej podróży.
– Zaczęli doceniać to, czego do tej pory żyjąc w biegu nie zauważali – wodę w kranie, pracę, darmową edukację. Dotykało ich również to, że w Afryce ludzie żyją w dużo większym ubóstwie, a mimo to są szczęśliwi – mówi. I dodaje: – Kenijczycy nie martwią się o niepotrzebne rzeczy i za wszystko dziękują Bogu. Oni naprawdę wierzą, że Bóg może zmienić ich życie.
Kontakt z Polską dodawał jej także sił podczas trudnych chwil.
– Miałam podejrzenie malarii i poważną infekcję bakteryjną w pewnym momencie. Wiele osób modliło się wówczas za mnie. A ja z dnia na dzień zdrowiałam. Wsparcie z Polski nie pozwoliło mi także pogrążyć się w smutku, choć byłam tu sama bez bliskich mi osób w pobliżu –  wspomina.

Duch Afryki

Po blisko rocznym pobycie w Kenii, 22 lipca Ewa wylądowała na stołecznym lotnisku. Było spotkanie w kameralnym gronie ze znajomymi z jezuickiego duszpasterstwa oraz Msza św. w intencji wszystkich, którzy w tym czasie wspierali duchowo i materialnie podróżniczkę.
– Moje doświadczenia nie są jeszcze do końca zebrane. Wiem na pewno, że z tego pobytu coś głęboko we mnie zostało. W Europie myślimy, że to Afryka potrzebuje naszej pomocy, tymczasem to my potrzebujemy ducha Afryki. Coraz bardziej dojrzewa we mnie chęć dzielenia się tym właśnie duchem – mówi.

Reklamy
Poprzedni wpis
Dodaj komentarz

1 komentarz

  1. Niesamowicie się cieszę, że trafiłam na ten blog :))))
    Pozdrawiam!
    Izabela

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

  • Galeria zdjęć

  • Znajdź coś dla siebie

  • archiwum

  • Statystyki

    • 139,690 odwiedzin od 16.01.2010
  • Kalendarz

    Sierpień 2012
    Pon W Śr C Pt S N
    « Lip   Wrz »
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    2728293031  
%d blogerów lubi to: