Kenya Trip – cz. V – las, jezioro i dwa miasta na N

Z Mombasy w ciągu jednego dnia pokonaliśmy trasę do samego Nyahururu – Allen jako nasz kierowca naprawdę spisywał się na medal!

W Nyahururu spędziliśmy miłe dwa dni – dla mnie to zawsze jak powrót do domu 🙂 Dorota z Mariuszem zobaczyli jak wygląda st. Martin, a ja miałam okazję pogadać ze starymi znajomymi. Zrobiliśmy poważne zakupy w moim ulubionym sklepie Marleenowym i odwiedziliśmy Agnieszkę i Dominika, którzy zaserwowali nam Łazanki 😉 Swoją drogą kenijskie jedzenie moim gościom całkiem przypadło do gustu i kabanosy, przywiezione na wypadek umierania z głodu, zostały podarowane w prezencie 😉 Niestety tylko dzieci w Talitha-Kum tym razem nie udało się odwiedzić, bo pojechały do rodzin z okazji przerwy w szkole, więc zastaliśmy tylko 9tkę w domu.

Z Nyahururu wyruszyliśmy w stronę Kakamega całkiem sprawnie, jednak niestety na wysokości Molo złapaliśmy gumę… opona była w tak tragicznym stanie, że musieliśmy zakupić nową. Ceny nas absolutnie powaliły, ale nie bardzo mieliśmy wyjście. Jak się okazało jednak nie cena była największym zaskoczeniem, ale niesamowite zdolności panów z zakładu oponiarskiego, którzy przez dobre pół godziny nie potrafili założyć opony na felgę i wpychali do niej na przemian stare gazety i wodę… Akcja jednak zakończyła się pomyślnie i już wieczorem dotarliśmy do wioski zwanej Chavakali, gdzie mieszka Ciocia Allena.

Przed południem udaliśmy się do Kakamega Forest. Bardzo przyjemny okazał się spacer po tropikalnym lesie, gdzie mnóstwo ciekawych okazów drzew i krzaków 😉 Nie to żebym była znawcą drzew i krzaków, ale było przyjemnie chłodno 🙂 Chwilę  trwały negocjacje z przewodnikami, bo chcieli ogromnych pieniędzy i to nawet oficjalnie wg stawek z tabelki. Teoretycznie pieniądze idą też na utrzymanie roślinności, mimo, że dodatkowo płaci się i tak za sam wjazd do lasu. Uregulowania prawne dotyczące Kakamega Forest są same w sobie bardzo pokręcone, bo pół lasu należy do państwa, a pół do jakichś innych organizacji. Ja przyznam, że się w tym nie połapałam…

Po wycieczce leśnej pojechaliśmy do Kisumu, gdzie pierwsze co mnie uderzyło, to jedna wielka myjnia samochodowa w jeziorze! Coś co w Europie byłoby absolutnie nie do pomyślenia. Przy brzegu myte było wszystko od TIRów po matatu i samochody osobowe. Ja przy takim właśnie krajobrazie spożywałam rybkę – zaraz, zaraz… dopiero się zorientowałam dlaczego tylko ja się na nią skusiłam! 😉 W oczekiwaniu na zachód słońca, po którym mieliśmy mieć szansę zobaczenia hipopotamów, wybraliśmy się do polecanego w przewodniku muzeum. Rzeczywiście było warto, bo było wszystko – od krótkiej historii Kenii z różnymi eksponatami z poszczególnych epok, po akwaria z rybkami, krokodyle, węże i ekspozycję domków tradycyjnych dla plemion nad jeziorami – Luo i Luya. Byliśmy bardzo zadowoleni! Zdążyliśmy też idealnie na hipopotamy, choć zechciał nam się ukazać tylko jeden.

I tak oto zakończyliśmy 12-dniową mega-ekspresową wycieczkę po Kenii. Kolejnego dnia byliśmy już w Nairobi, gdzie kilka ciekawych rzeczy zobaczyli nie tylko goście, ale również ja i Allen, który w Nairobi mieszka od 10 lat – widok z wieży na miasto oraz muzeum kolejnictwa 🙂

Jeszcze raz ogromne podziękowania dla Doroty i Mariusza za odwiedziny i bardzo udaną wyprawę 🙂

Zdjęcia w trzech galeriach:
Kakamega
Kisumu
Nairobi

Reklamy
Następny wpis
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

  • Galeria zdjęć

  • Znajdź coś dla siebie

  • archiwum

  • Statystyki

    • 135,106 odwiedzin od 16.01.2010
  • Kalendarz

    Maj 2012
    Pon W Śr C Pt S N
    « Kwi   Czer »
     123456
    78910111213
    14151617181920
    21222324252627
    28293031  
%d blogerów lubi to: