Anioły są wśród nas

Moi drodzy – dziękuję Wam serdecznie za ciepłe słowa i modlitwę w ostatnim czasie. Czuję się już znacznie lepiej 🙂

Jeśli nadal nie dowierzacie, że Wasze modlitwy mogą działać cuda, to za chwilę udowodnię Wam, że tak się właśnie na tym dziwnym świecie dzieje!

Kiedy pisałam do Was w zeszłym tygodniu, miałam mdłości i różne problemy z żołądkiem. Niestety potem zaczęło robić się gorzej, bo na skórze pojawiły się bardzo niepokojące zmiany i widziałam, że z każdą chwilą sytuacja się pogarsza. W niedzielę rano postanowiłam dłużej nie czekać – spakowałam plecak i ruszyłam do Nairobi. Podróż była ciężka, bo to 12h drogi w gorącym autobusie (a nawet dwóch), a po drodze ani jednego miejsca, gdzie mieliby działającą lodówkę i cokolwiek zimnego do picia. Ja w tym wszystkim bardzo słaba i zagubiona.

Szybko jednak odnalazł się pierwszy Anioł na mojej drodze. Kiedy usiadłam rano w pobliskim hotelu żeby wypić herbatę, do stolika przysiadł się Bob – okazuje się, że byliśmy sąsiadami przez kilka dni i jedzie tym samym autobusem. Widział, że słabo się czułam, więc całą drogę sprawdzał czy żyję, na przystankach dbał, żebym miała coś do jedzenia i picia, a w Isiolo zaprowadził mnie na przystanek, gdzie mogłabym się przesiąść do Nairobi. Pożegnałam go z wdzięcznością i ruszyłam w dalszą drogę.

Dalej o tyle przyjemniej, że już jest asfalt, więc nie wyskakuje się do góry co chwilę i jest zasięg, więc zaczęłam załatwiać namiary na lekarza, który mógłby mnie jak najszybciej zobaczyć. Wszystko miałam dogadane, łącznie z tym, że Kanini odbierze mnie razem z taksówkarzem z dworca autobusowego… ale jak to taksówkarze w Nairobi – za bardzo na nich liczyć nie można… tuż przed opuszczeniem matatu dowiedziałam się, że muszę sobie poradzić inaczej. Kiedy wysiadłam, oczywiście cały tłum rzucił się, by mi oferować taksówkę. Szybko odeszłam na bok i zaczęłam przeglądać kontakty w telefonie, zastanawiając się do kogo zadzwonić. Wtedy podszedł do mnie jakiś człowiek. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, nie patrząc zupełnie na niego, krzyknęłam „I don’t need a taxi!” i odeszłam jeszcze bardziej na bok. Tymczasem on nie dawał za wygraną. Podszedł do mnie i łagodnym głosem powiedział: „przyjechałem razem z Tobą z Isiolo, słyszałam jak rozmawiasz przez telefon i mówisz coś o szpitalu, chciałem zapytać czy nie potrzebujesz pomocy”. Popatrzyłam na niego trochę zdezorientowana. „Potrzebuję jechać do szpitala” powiedziałam, przepraszając za ostre potraktowanie. „Nie ma sprawy – odpowiedział – za rogiem stoi mój samochód, mogę Cię zabrać.” I tak Yussuf stał się kolejnym Aniołem mojego powrotu do zdrowia. Nie tylko zawiózł mnie do szpitala, kupił coś do jedzenia i zaprowadził do recepcji, ale również został ze mną aż do północy, czekając na werdykt lekarzy, a dziś użyczył mi swój samochód i poprosił kolegę, żeby zabrał mnie znowu do szpitala na badania!

W szpitalu okazało się, że źródłem wszelkich moich problemów jest infekcja bakteryjna, o której więcej będzie wiadomo po kolejnych badaniach. Najprawdopodobniej malaria, która poruszyła wiele osób, widzących mnie  już w drodze do grobu, została wykryta zupełnie przypadkiem i mogłabym jej zupełnie nie zauważyć… W każdym razie w środku nocy odesłali mnie z antybiotykiem do domu, co musiało oznaczać, że będę żyć.

Kolejnego dnia rano zadzwoniłam do ks. Jose, do którego dostałam wcześniej namiar (podziękowania dla Kuby i Tuni :)), żeby mu powiedzieć, że wszystko w porządku i byłam już u lekarza. Po głosie jednak brzmiał bardzo sympatycznie i zaproponował mi pokój, jedzenie i ciepłą wodę na czas mojego powrotu do zdrowia. Pomyślałam „czemu nie” i jeszcze tego samego dnia udałam się do Kayole na drugim końcu miasta. W ten oto sposób brazylijski werbista Jose stał się moim trzecim Aniołem. Mój mały pokoik z łazienką jest miłym odpoczynkiem od życia na pustyni. Zarówno misjonarze, jak i pani gotująca mają fantastyczny zmysł do gotowania – wczoraj próbowałam czegoś co nazywa się okra i jest całkiem sympatycznym warzywkiem 🙂 Na dodatek przed ks. Jose mieszkał tu Japończyk, który zostawił po sobie nie tylko czarnego kota o imieniu Upendo, ale również paczki japońskiej wyśmienitej herbaty! Poczułam, że rzeczywiście tu odpocznę i nabiorę sił 🙂

Oprócz tego moimi anonimowymi aniołami stali się pan i pani, którzy w niedzielę i dziś pobierali mi krew, robiąc to jednym celnym prawie bezbolesnym ukłuciem; pani z ubezpieczenia, która prędko załatwiła bezgotówkowe usługi w szpitalu; pani u jezuitów, która cierpliwie wytłumaczyła procedury paszportowe… i pewnie wiele innych, których nie zauważyłam nawet w tłumie zabieganego miasta…

Anioły są wśród nas 🙂

Reklamy
Poprzedni wpis
Dodaj komentarz

2 Komentarze

  1. Danusia

     /  Maj 29, 2012

    Dziękue za Te wzruszająca relację, życzę Ci Kochana Ewciu szybkiego powrotu do zdrowia , a mając tyle Aniłów wokół siebie jestem pewna że wszystko będzie dobrze.

    Odpowiedz
  2. Stanisław

     /  Maj 29, 2012

    +
    Super, że te Anioły widzisz! – bo nie każdy tak ma. Mocno Tobie gratuluję!
    Z serca Ciebie pozdrawiam i błogosławię.

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

  • Galeria zdjęć

  • Znajdź coś dla siebie

  • archiwum

  • Statystyki

    • 139,688 odwiedzin od 16.01.2010
  • Kalendarz

    Maj 2012
    Pon W Śr C Pt S N
    « Kwi   Czer »
     123456
    78910111213
    14151617181920
    21222324252627
    28293031  
%d blogerów lubi to: