Masabit – trudne początki i brak sieci

Na północ wyruszam specjalnym autobusem jadącym do Moyale (miejscowość na granicy z Etiopią). Na bilecie zakupionym w piątek widnieje godzina 16:00, więc na niedzielne przedpołudnie mam wiele planów. Wychodząc jednak z kościoła odbieram zupełnie niespodziewaną wiadomość, że autobus odjeżdża o 14:00. Potwierdzam telefonicznie dziwne wieści i ruszam biegiem do domu, rezygnując m.in. z zakupów jedzeniowych na drogę. Nadal biegnąc, dzwonię do znajomego taksówkarza, żeby przyjechał wcześniej niż się umawialiśmy i próbuję w głowie ustalić co powinnam spakować. Po domu biegam jak oparzona od ładowarki ładującej telefon do pokoju, gdzie pakuję rzeczy i kuchni, gdzie podgrzewam coś do jedzenia. Na szczęście taksówkarz przyjeżdża błyskiem (chwała mu za to!) i ruszamy w najdłuższy w moim życiu rejs po bankomatach – dopiero 6 okazuje się być sprawny! Nie mam pojęcia jakim cudem, ale udaje mi się na 13:30 być na drugim końcu miasta, a tymczasem (zgodnie z moimi czarnymi prognozami) biorąc pod uwagę wszystkie opóźnienia, autobus i tak odjeżdża o 16:00…

Jakieś drobne problemy zaczynają się od samego początku. Aż dwa razy okazuje się, że dwie osoby mają ten sam numer miejsca (taki drobny overbooking…) co powoduje chaos na początku trasy. W autobusie prawie sami Somalijczycy, więc nie rozumiem o czym mowa i nie bardzo jest z kim zagadać. Ciekawie zaczyna się kiedy kończy się dobra droga (czytaj „z asfaltem”) i wjeżdżamy w dzikie tereny. To co mnie najpierw zaintrygowało, to patyki, które sprzedawały kobiety przy drodze. Pytam z ciekawością mojego sąsiada i dowiaduję się, że to szczoteczki do zębów. Dopytuję więc tym bardziej ciekawa: „jak się ich używa?”. Sąsiad z szerokim usmiechem odpowiada: „bez colgate” 🙂 Kolejny przystanek zaskakuje mnie jeszcze bardziej, bo tym razem nic nie sprzedają, a spędzamy w tym miejscu całe 4h. Podobno kierowca zażyczył sobie herbaty i powiedział, że bez niej nie pojedzie… ale żeby pić heratę 4h?? Na szczęście okazuje się, że jesteśmy bardzo niedaleko mojego celu i jednynie z godzinnym opóźnieniem docieramy do Marsabit.

Ten, kto straszył mnie, że są tu straszne upały i 50st, chyba nigdy stopy tu nie postawił albo było to dawno temu. Powiedziałabym, że jest conajmniej chłodno. Nieprawdą jest też, że nie pada, bo całe ulice gęsto zasłane są grubą warstwą błota. Pierwszy mój dzień mija na poznawaniu różnych ludzi i zwiedzaniu miasteczka. Wszędzie jest bardzo ubogo i warunki bardzo ciężkie (nawet jak na mnie). Najgorsze jednak, że zasięg jest na tyle słaby, że nie działa Internet. Chwilowo korzystam z pożyczonego komputera innej sieci, ale niestety może się okazać, że regularnie pisać będę dopiero w czerwcu!

Reklamy
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

  • Galeria zdjęć

  • Znajdź coś dla siebie

  • archiwum

  • Statystyki

    • 139,690 odwiedzin od 16.01.2010
  • Kalendarz

    Maj 2012
    Pon W Śr C Pt S N
    « Kwi   Czer »
     123456
    78910111213
    14151617181920
    21222324252627
    28293031  
%d blogerów lubi to: