Wyjazd ślubny

…czyli dwa dni w Zakopanem za sprawą Ani ślubu 🙂

Weekend był długi, więc i wpis wyszedł pokaźny. Mam nadzieję, że się nie zrazicie. Specjalnie zrobiłam podział na rozdziały 😉

Pakowanie:
Przed wyjazdem byłam świadkiem pewnej rozmowy:
– i co, kochana, przydało Ci się to wszystko z wielkiej walizki?
– tak, tak, wszystko się przydało, w końcu jechałam na cały miesiąc
Pomyślałam sobie, że chyba tylko ja jestem na tyle nienormalna, żeby po brzegi zapakować plecak rzeczami, które nigdy nie powinny się przydać! Pełna apteczka, ciepła kurka, zapałki, koc izotermiczny, dwa termosy, karimata… wszystko z nadzieję, że nie będę musiała ruszać ich z plecaka.

Wycieczka na ślub:
Pierwszy dzień mijał szybko, zrobiłam sobie mały spacerek na Karb i ochoczo powędrowałam do Zakopanego, by odnaleźć kościółek na Furmanowej. Ponieważ dotarłam do miasta godzinę przed czasem, uznałam że jest to aż nadto czasu, by wzdłuż i wszerz przemierzyć Zakopane, więc poszłam na azymut w stronę Furmanowej, oznalezionej za wczasu na mapie. Co jakiś czas pytałam tubylców o drogę i dpowiedź każdego z mijanych przechodniów brzmiała: „Furmanowa? Tak, to tam do góry”, więc pięłam się coraz wyżej, z minuty na minutę dziękując za pomysł zostawienia w przechowalni plecaka i przeklinając nie zabranie mojego Camelka z wodą… Czas nieubłaganie płynął, a ja wciąż wdrapywałam się po zboczu Gubałówki po coraz wyższej trawie i mijając po drodze coraz ciekawsze stada krów i owiec. Wciąż powątpiewając, czy Ci wszyscy ludzi wiedzą gdzie mnie kierują, pomyślałam, że na widok krzyża chyba oszaleję z radości i wypiję całą wodę z kwiatków na ołtarzu. Ale krzyża wciąż nie było widać… Ostatkiem sił, za pięć szesnasta, zapytałam pana z kosiarką, gdzie znajdę kościół na Furmanowej. „Tu za rogiem, zaraz pani zobaczy” – jak to usłyszałam, to już chciałam go uściskać ze szczęścia, ale czasu było niewiele, więc pobiegłam w stronę kościółka – zdążyłam idealnie 🙂 Msza się jeszcze nie zaczęła, a Piękna Panna Młoda czekała jeszcze na progu, witając ostatnich gości (czyli mnie :)) Ślub był piękny i widoki za kościółkiem również – naprawdę wymarzone na ślubną sesję zdjęciową!

Wieczorny spacer do Murowańca:
Pozostało mi w sobotni wieczór dojść jeszcze na wcześniej zaklepaną miejscóweczkę w Murowańcu. Wyruszyłam więc z Kuźnic ok 18.30. Nie do opisania były miny przechodniów, którzy mijali mnie po drodze – od współczujących uśmiechów, po przerażenie. Usłyszałam nawet za sobą kilka razy „współczujemy” i „dasz radę”. Czułam się jak małpka w zoo skacząca nie w tą stronę co wszystkie inne małpki, a przecież nie robiłam nic innego niż wszyscy Ci ludzie – udawałam się na zasłużony spoczynek po ciężkim dniu. Muszę jednak przyznać, że lekko nie było – po nieprzewidzianej wędrówce na szczyt Gubałówki, byłam już bardzo zmęczona. Cieszyłam się niezmiernie, że wybrałam lepiej mi znaną trasę przez Boczań, bo droga zleciała szybko – mostek, zakręt, kawałek lasu, przejście przez krzaki, trawersik i już na przełęczy między Kopami! Niestety tam już zaczynało się robić nieciekawie, bo deszcz próbował zostawić ze mnie mokrą szmatkę. Na szczęście prędko wydobyłam parasolkę, co powodowało jeszcze większe zdziwienie u mijających mnie przemoczonych wędrowców (pozdrowienia dla wszystkich, którzy twierdzą, że parasolka w górach to obciach ;)) Dotarłam do schroniska o przyzwoitej porze i nawet grzane winko jeszcze było 🙂

Nowe znajomości:
Ze schroniska wyruszyłam jak prawdziwy turysta – o świcie (tzn. o 8.30 jak już zjadłam śniadanie w bufecie na dole ;)) Niedaleko zdążyłam zajść kiedy minęła mnie dziewczyna, pozdrawiając brytyjsko akcentowanym „hi”. Odpowiedziałam jej tym samym, więc zdziwiła się nieco, gdy na pytanie „where are you from” odpowiedziałam jej „from warsaw…”. Ucieszyła się bardzo, że ktoś tutejszy mówi po angielsku, bo do tej pory porozumiewała się głównie na migi. W dalszą drogę ruszyłyśmy więc razem. Na imię ma Deirdre, choć jak sama powiedziała „oh, everybody just calls me D”. Pochodzi z Irlandii, a teraz mieszka w Londynie, gdzie zostałam gorąco zaproszona. Poza tym stwierdziła, że Tatry są dużo piękniejsze od Canadian Rockies, więc szybko ją polubiłam 🙂 Z ciekawszych rzeczy, uważa wspinaczkę za dyscyplinę wybitnie polską, bo prawie wszyscy z jej klubu wspinaczowego to Polacy 😉

Powrót:
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i po wycieczce pozostały tylko zakwasy, spalony nos i ramiona oraz 276 zdjęć, które zamierzam skompresować do 80, by wrzucić do galerii – łatwo nie będzie! Dzięki za przemiły weekend – sto lat Ani i Ryszardowi!!

Reklamy
Poprzedni wpis
Następny wpis
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

  • Galeria zdjęć

  • Znajdź coś dla siebie

  • archiwum

  • Statystyki

    • 139,690 odwiedzin od 16.01.2010
  • Kalendarz

    Sierpień 2008
    Pon W Śr C Pt S N
    « Lip   Wrz »
     123
    45678910
    11121314151617
    18192021222324
    25262728293031
%d blogerów lubi to: